L'Aventure du Sucre: muzeum cukru i rumu w Pamplemousses
Na końcu zwiedzania stoi na ladzie rząd szklanych pojemników z cukrem, a przy nich łyżeczka. Dwanaście słoików, dwanaście odcieni brązu, od prawie białego po kolor mokrej ziemi, i tabliczki, które przy każdym z nich wyjaśniają po francusku, czym właściwie się różni. Dopiero tam zrozumiesz, dlaczego muzeum nazywa się tak, jak się nazywa.
L'Aventure du Sucre, czyli Przygoda z cukrem, to muzeum w dawnej cukrowni Beau Plan w Pamplemousses na północy Mauritiusu: stare młyny w oryginalnej hali, historia trzciny cukrowej na wyspie, a na koniec degustacja cukrów i rumów. Cukier zbudował wyspę i kuchnię maurytyjską, a to miejsce, w którym można to zrozumieć w jedno przedpołudnie.

Cukrownia Beau Plan i rok, w którym nie padało
Cukrownia przerabiała tu trzcinę od 1797 roku i przez dwa stulecia nie zatrzymały jej ani maszyny konkurencyjnych zakładów, ani tańszy cukier z innych stron. Beau Plan zamknięto w 1999 roku, po sezonie, w którym nie padało, a trzy lata później w hali otwarto muzeum. Wokół cukrowni rozgrywała się przy tym większa historia: w XIX wieku na wyspie działało 259 cukrowni, dziś zostały trzy albo cztery, a cukier stanowi zaledwie kilka procent maurytyjskiej gospodarki. Trzcina wciąż zajmuje mniej więcej jedną czwartą powierzchni wyspy, więc île sucrière, cukrowa wyspa, to określenie, którego o Mauritiusie używa się nadal.
Ekspozycja zajmuje dziesięć sekcji na pięciu tysiącach metrów kwadratowych i zaczyna się w 1639 roku, kiedy Holendrzy przywieźli na wyspę pierwszą trzcinę, wtedy jeszcze dla rumu. Największych eksponatów nikt nigdzie nie przenosił: walcowe młyny do rozdrabniania trzciny czy maszyna parowa stoją tam, gdzie stały, kiedy ostatni raz wrzał w nich sok. Plansze między maszynami opowiadają, kto pracował na polach - najpierw niewolnicy, a po zniesieniu niewolnictwa robotnicy kontraktowi z Indii - a muzeum nie przemilcza też wypalania pól przed zbiorami, które pozbawia łodygi liści, a okoliczną przyrodę spokoju. Opisy są po francusku i po angielsku, a jest ich tyle, że zwiedzanie trwa od trzech kwadransów do trzech, czterech godzin, zależnie od tego, ile z nich przeczytasz.

Osiemnaście odcieni brązu i rum z melasy
U nas w Czechach cukier to surowiec z buraka, którego nikt nie jeździ podziwiać: biały, słodki i tyle. Mauritius poszedł w przeciwną stronę: jest jednym z czołowych światowych eksporterów nierafinowanych "cukrów specjalnych", czyli takich, w których została część melasy, rocznie wysyła ich w świat około 155 tysięcy ton, w dużej części do Europy. Reklama nazywa to "osiemnastoma odcieniami brązu", co brzmi jak tytuł powieści, ale opisuje to rzetelnie: jasne kryształki demerary smakują inaczej niż ciemne, wilgotne muscovado, a między nimi rozciąga się cała skala, którą rafinerie w innych częściach świata celowo usuwają.
Drugi produkt trzciny stoi w hali tuż obok. Melasa, gęsta pozostałość po wygotowaniu cukru, już od czasów Holendrów zmienia się na Mauritiusie w rum, a w muzeum nalewa się rum New Grove z destylarni Grays, która należy do tej samej posiadłości i tego samego właściciela, grupy Terra. To rum z melasy, czyli inna szkoła niż rum destylowany ze świeżego soku z trzciny, jaki robi Rhumerie de Chamarel na południowym zachodzie wyspy. Muzeum zresztą nie jest jedyne w swoim rodzaju: na sąsiednim Reunionie zamkniętą cukrownię zamieniono w Stella Matutina według tego samego przepisu. Muzea cukrownictwa powstają tam, gdzie cukrownie zniknęły.


Kiedy jechać do Pamplemousses i z czym to połączyć
Muzeum jest otwarte od poniedziałku do soboty, w niedzielę nieczynne, a cała ekspozycja mieści się pod dachem, więc sprawdzi się także w dniu, w którym na północy wyspy pada. Niecałe dwa kilometry stąd leży ogród botaniczny w Pamplemousses, najstarszy na półkuli południowej, choć przewodnicy chętnie mówią, że na świecie. Jedno i drugie spokojnie zwiedzisz w jeden dzień. Z Port Louis dojedziesz tu autobusem linii 22. Na terenie działa restauracja Le Fangourin i sklep z cukrami, rumami i dżemami, ale kto chce zjeść tanio i lokalnie, niech w drodze powrotnej zajrzy do baru Snack du Coin na briani z kurczakiem albo na zupę haleem.


Łyżeczka na końcu zwiedzania
Za wstęp do L'Aventure du Sucre w Pamplemousses zapłaciłem 575 MUR (11,60 EUR), degustacja była w cenie. Rumy od New Grove po Rhumerie de Chamarel wypadły słabiej: podstawowy biały, kilka leżakowanych, likiery na bazie rumu, nic, co by mnie zachwyciło. Zatrzymał mnie dopiero cukier. Dwanaście słoików, jedna łyżeczka i smaki, które naprawdę się różnią: jasne odmiany są po prostu słodkie, ciemniejsze niosą karmel, przy najciemniejszych do głosu dochodzi melasa z gorzką, niemal lukrecjową nutą, a na języku zostaje wilgoć, jakiej po cukrze się nie spodziewasz. Obok stały do spróbowania także miejscowe dżemy i miody. Osiemnaście odcieni obiecuje reklama. Mnie wystarczyło dwanaście, żebym przestał mówić "brązowy cukier", jakby to była jedna rzecz.
L'Aventure du Sucre